niedziela, 17 stycznia 2016

Rozdział 10


          Choć babcia Narcyza namawiała rodziców na to, abyśmy się wprowadzili we trójkę do niej i dziadka, mama nigdy się na to nie zgodziła. Jedynym sposobem, aby wreszcie dała za wygraną, była obietnica, że każde święta będziemy spędzać w Malfoy Manor. 
Dom dziadków jest wielki, prawdopodobnie nawet pięć razy większy niż nasz. Ale nigdy jakoś mi to nie przeszkadzało, nawet się trochę cieszyłem, że nie spędziłem całego dzieciństwa w pokojach wyłożonych drogimi płytkami, dywanami wartymi kilka tysięcy galeonów i fotelami ze smoczej skóry.
Wkroczyliśmy razem z tatą i Nadine przez bramę, otaczającą rezydencję. Pawie chodzące po dziadkowym ogrodzie miały na sobie czerwone czapeczki świętego mikołaja. Zaśmiałem się na ten widok. 
- Dziadku Lucjuszowi na pewno się to nie podoba, co? - zapytałem. Jego pooraną twarz zmarszczkami rozświetlił wesoły uśmiech, tak niepasujący do jego udręczonych oczu. 
- Chodzi bardziej ponury niż rok temu - odparł, co ja i Dine skwitowaliśmy głośnym rechotem.
Dziadkowi nigdy nie podobało się to, co robiły nasze mamy z jego domem podczas świąt. Obwieszały go łańcuchami, wielkimi czerwonymi skarpetami, ubierały piętnaście choinek i na cały głos śpiewały kolędy, fałszując przy tym niemiłosiernie. Babci Narcyzie wcale to nie przeszkadzało, czasami nawet sama przyłączała się do ozdabiania Malfoy Manor. Lucjusz Malfoy wręcz przeciwnie, krew go zalewała, gdy widział jak portrety jego przodków zostają ozdobione cukierkami i pstrokatymi łańcuchami. Oczywiście, nigdy nie odważył się powiedzieć na głos choćby słowa, które obrazowałyby jego wielkie niezadowolenie. Przez resztę roku babcia Narcyza tak trułaby mu głowę, że zdecydowanie lepszym pomysłem było przeczekanie tych kilku (jego zdaniem) okropnych dni w roku, a potem powrót do swojego monotonnego życia wypełnionego czytaniem nudnych książek. 
Ledwo zdążyliśmy wejść do środka, kiedy w salonie pojawiła się nagle mama i ciocia Daphne, a potem obie rzuciły się, aby wyściskać mnie i Dine. Zachowywały się jakby widziały nas ostatnio dziesięć lat temu. Mama ściskała mnie ze wzruszeniem, mniejsza ode mnie o głowę, mówiąc, że to nasze ostatnie święta zanim stanę się dorosły. 
Potem nadeszła kolej na babcię, która nie mogła oderwać ręki od moich włosów i ciągle je mierzwiła. Nadine śmiała się ze mnie bezgłośnie, ale umilkła, kiedy Narcyza ruszyła w jej stronę.
Mama i ciocia Daphne - obie wyglądają bardzo podobnie. Gdyby nie włosy - mama brązowe, ciocia czarne - można by pomyśleć, że są bliźniaczkami. Uśmiechnąłem się szeroko, widząc jakie są szczęśliwe i ucieszyłem się, że jednak spędzę z nimi święta.
Wujek Paul, tato Nadine, zjawił się pół godziny po nas. Wkroczył do środka lewitując przed sobą ogromną stertę prezentów, którą następnie odesłał pod choinkę niedbałym gestem różdżki. Nadine niemalże oszalała z radości, piszczała zupełnie jak mała dziewczynka. Wujek Paul miał masę rzeczy na głowie podczas wakacji i praktycznie w ogóle nie było go w domu, co oznaczało, że Dine nie widziała go od kilku dobrych miesięcy. Twarz miała całą czerwoną z emocji, a usta jej się nie zamykały.
Malfoy Manor w jednej chwili zostało niemalże zagłuszone gwarem rozmów. Mama na zmianę z tatą pytała się o to jak było w szkole, co u Sire i Jasara (poznali ich, kiedy byłem w drugiej klasie i cieszyli się, że mam tak wspaniałych przyjaciół. Poza tym mama od razu znalazła wspólny język z Mormon i była wielce niepocieszona, kiedy na wstępie zastrzegłem, że Sire to tylko przyjaciółka), o to który dom prowadzi i o wiele innych rzeczy. Oczywiście, nie mogło zabraknąć pytania, które ich dręczyło, a mianowicie o morderstwo Rilla Yaxleya. Niewidzialna gula stanęła mi w gardle dlatego ucieszyłem się niesamowicie, gdy wujek Paul powiedział, abyśmy nie rozmawiali o takich rzeczach, podczas świąt.
- Poza tym Potter i Weasley już się tym zajmują, więc uważam, że morderca wkrótce zostanie złapany - dodał z pewnością w głosie, a potem złapał ciocię Daphne oraz Dine pod ramiona i razem wyszli z kuchni. Tato odprowadził wujka ponurym spojrzeniem. Krzywił się na każdą wzmiankę o Harrym Potterze i Ronie Weasleyu. Zawdzięczał im wiele, naprawdę wiele, nawet życie, ale niechęci, której żywił do nich od pierwszego roku w Hogwarcie, nie był w stanie się pozbyć.
Tato po Wojnie otworzył ze swoim przyjacielem kancelarię adwokacką Malfoy&Zabini. To właśnie w niej poznał wujka Paula, który przyszedł pewnego dnia do jego biura z ciocią Daphne, wtedy jeszcze jego narzeczoną. Tato znał już ciotkę, ona i mama były w Slytherinie, więc zgodził się im pomóc. Nie wiem, jak to się stało, ale złożyło się tak, że po wygranej sprawie, Paul i Daphne musieli natychmiast gdzieś wyjechać i to mama miała za zadanie zapłacić resztę pieniędzy za wykonaną pomoc.
Moi rodzice nie zakochali się w sobie od pierwszego wejrzenia. Dopiero po roku spotkań, wspólnych spacerów i długich rozmów, zrobili pierwszy krok. Krok, który dla mamy oznaczał bardzo wiele poświęcenia. Rany po wojnie wciąż jeszcze były świeże, a wieść, że Astoria Greengrass wyszła za syna śmierciożercy, no cóż, nie została przyjęta z jakimś wielkim entuzjazmem. Wiele osób odwróciło się od niej, mało kto chciał przyjaźnić się z osobą, która wżeniła się w ród jednych z najbardziej znanych śmierciożerców.
Kiedyś przyłapałem ją, jak siedziała w sypialni i płakała wpatrując się w zdjęcie zrobione na czwartym roku w Hogwarcie, gdzie stała przytulona do ładnej, jasnowłosej dziewczyny. Tricia Sorrel była przyjaciółką mamy, a jej rodzice zostali zabici przez śmierciożeców. To właśnie to było powodem tego dlaczego Tricia zerwała z mamą wszelki kontakt, ponieważ wyszła za Dracona Malfoya, osobę, której rodzina przyjaźniła się z mordercami jej rodziców. Od zerwania przez Tricię kontaktów minęło dwadzieścia lat, a mama mimo upływu czasu, wciąż gdy zdarzy jej się gorszy dzień, wyciąga je z komody i patrzy tylko na nie, cicho popłakując.
Malfoyowie uniknęli kary, tracąc przy tym prawie cały swój majątek, oprócz Malfoy Manor i złota, które dziadkowie w nim schowali. Wywinięcie się od Azkabanu przysporzyło im wielu wrogów, nie tylko byłych śmierciożerców, ale również ludzi, których bliscy zginęli podczas wojny i chcieli tylko sprawiedliwości.
Odnalezienie się w nowym świecie, pokazanie tego, że się zmienił, kosztowało tatę wiele wysiłku i nerwów. Myślę, że przez te lata, kiedy jego i mamę opluwano, gdy tylko szli przez Pokątną, odpokutował za swoje winy. Choć nie sądzę, aby poczucie winy jakie nosi w sercu, kiedyś się zmniejszyło.

* * *

Mama razem z ciocią Daphne prowadziły na Pokątnej sklep z szatami na zamówienie. Babcia Narcyza z początku nie mogła się pogodzić z tym, że jej synowa, będzie w ogóle pracować, w dodatku w sklepie, ale zmieniła zdanie, kiedy mama razem z ciocią uszyły dla niej przepiękną jadowicie zieloną suknię.
Zamknięcie sklepu na czas świąt, zaowocowało naprawdę wielką górą zamówień. Nadine z zachwytem zapisywała dane, które podawała jej ciocia, do grubego notesu, gdzie miały zapisane wszystkie zrealizowanie zamówienia odkąd założyły swój sklep.
- Astorio, ja naprawdę nie wiem, kiedy my to wszystko uszyjemy - powiedziała Daphne, odwiązując list od kolejnej sowy, która przyleciała tego ranka.
- Nie martw się, Daph. Zawsze dajemy sobie jako radę - odparła beztrosko mama smażąc naleśniki.
- A nie myślałyście o kimś do pomocy? - zapytałem, zajadając się dżemem porzeczkowym. Mama machnęła różdżką, a słoik, który jeszcze chwilę trzymałem w dłoniach, uniósł się do góry i poszybował w jej stronę.
- Ile razy mam ci mówić, żebyś nie zjadał dżemu, Scorpius! - zawołała marszcząc brwi.
- Och, daj spokój kochanie, przecież ty robisz dokładnie tak samo - odparł tato, który wszedł właśnie do kuchni. Widząc oburzenie mamy, zaśmieliśmy się głośno.
- Wiesz co, As? Scorpius ma rację, będziemy musiały pomyśleć o zatrudnieniu kogoś nowego, inaczej lista naszych zamówień będzie wybiegać trzy lata do przodu - stwierdziła chwilę później ciocia.Mama zawahała się
- Ale kogo miałybyśmy zatrudnić?
- A jaki to problem dać ogłoszenie do Proroka?
Kiedy obie tak rozmawiały, podkradłem się po słoik z dżemem i wybiegłem z kuchni, zanim mama zdążyła na mnie na krzyczeć.
Tak się jednak złożyło, że przy schodach wpadłem na kogoś. A tym kimś był dziadek.
Długie białe włosy, które miał związane tuż nad karkiem, przerzucił sobie przez ramię. Wyglądał raczej ponuro, a w jego oczach nie było żadnego ciepłego ognika, tylko chłód. Nie zdziwiło mnie to jakoś szczególnie. Zawsze tak było.
Lucjusz Malfoy nie był typowym "dziadkiem". Milczący, ponury i zamknięty w sobie. Słowa, które ze sobą zamieniliśmy, mogłem policzyć na palcach ręki.
- Och, ja... Przepraszam, dziadku - odparłem sztywno. Lucjusz Malfoy omiótł mnie chłodnym spojrzeniem.
- Następnym razem uważaj jak chodzisz, młodzieńcze - mruknął i natychmiast ruszył na górę. Poczułem ulgę, gdy tylko zniknął mi z oczu. Nie pierwszy raz zresztą w swoim życiu.

* * *

W dzień Wigilii, wszyscy biegaliśmy w tę i z powrotem, zanosząc jedzenie na stół. Mama podrygiwała różdżką, ustawiając talerze i półmiski obok siebie, tak, że wszystko się ładnie zmieściło.
- Scorpius, pójdziesz po Lucjusza i Narcyzę? Zaraz będziemy siadać do stołu - poprosiła mnie mama, zapalając dwie świeczki, jakiś czas później. Kiwnąłem głową i powoli ruszyłem po schodach na górę. Po kolei zacząłem sprawdzać każdy pokój. Byłem już w połowie, kiedy usłyszałem głosy dziadków dobiegające z pomieszczenia na samym końcu sali. Dopiero po chwili uzmysłowiłem sobie, że właśnie się kłócą.
- Co się dzieje, Lucjuszu? Czego mi nie mówisz? Ja naprawdę nie widzę powodu, aby po tylu latach nauki w Hogwarcie, przenieść Scorpiusa do Durmstrangu... - powiedziała ze zdenerwowaniem babcia.
- Taki sam błąd popełniliśmy z Draco. Nie pamiętasz tego, Narcyzo?
- Powiedziałam ci już: nie! Poza tym chyba zapominasz, że to nie my o tym decydujemy. Zresztą Scorpius jest już prawie dorosły. Chyba nie sądzisz, że rzuci szkołę, bo tak ci się nagle zachciało, Lucjuszu. I nawet nie myśl o tym, aby wspominać o tym przy stole  - rzuciła ostrzegawczo babcia Narcyza i po chwili znalazła się na korytarzu. Uśmiechnąłem się na jej widok, jak najszerzej, aby nie domyśliła się, że słyszałem ich rozmowę i powiedziałem:
- Babciu, mama woła ciebie i dziadka na dół.
- Och, już idziemy, kochany - odpowiedziała. Kiwnąłem z uśmiechem głową i starając się zachować spokój, wróciłem do salonu.
W głowie kołatało mi się tysiące pytań, ale jedno z nich najważniejsze - dlaczego dziadek chciał, abym przeniósł się do Durmstrangu?




W końcu pierwszy rozdział w Nowym Roku! Szkoda, że nie udało mi się go wstawić na Święta, ale mówi się trudno. Mam nadzieję, że wam się spodoba. :D
Co tam u was? Zaczął już ktoś z was ferie? Ja niestety dopiero w połowie lutego. Wydaje się, że to już za chwilę, ale obecnie czuję się jakby dzieliły mnie od nich lata świetlne. :c 
Dobra, nie narzekam. 
Pozdrawiam cieeeepło. ♥

Edit: 02.04.18r.
KOCHANI,

Tak jak widać, na blogu od dawna nie pojawiło się nic nowego i naprawdę nie wiem, czy coś się jeszcze kiedyś pojawi. Straciłam wenę do tego opowiadania, moje plany na nie teraz wydają mi się beznadziejne i doprawdy nie wiem, jak dalej z nim ruszyć. Nie mam innego wyjścia, jak je zawiesić. Długo się przed tym wzbraniałam, ale prawie dwa lata po dodaniu tego rozdziału, chyba wszyscy się zgodzą, że nadszedł na to czas. 

Przepraszam. 
Harry Potter Magical Wand

Prorok Codzienny